To tylko rak.

11. Cztery pory raka

To była niespodziewana podróż. Zaczęła się w środku zimy. Nie było czasu nawet na spakowanie podręcznego bagażu. Po prostu rak i już! Z dnia na dzień. Ująłeś moją chłodną dłoń i spokojnym, równym krokiem wyruszyliśmy w nieznane. Naprzód! Dziś spoglądam wstecz z niedowierzaniem. Aż tyle cykli chemioterapii? Tysiące kilometrów, dziesiątki tabletek, zastrzyków… To wszystko za nami? Udało się? Przeżyliśmy? Rozglądam się po tym polu bitwy i widzę oczy z sinym cieniem aż po kości policzkowe. Widzę skórę, która robi się przeźroczysta. Widzę ciało, które zniosło wszystkie skutki uboczne. Palce, z których skóra sypała się czasem jak płatki śniegu w Wigilię. I oczy, w których cały ten czas lśniła nadzieja. No i ból. Nigdy nie widziałam z bliska tak dramatycznej walki z Czasem. Nigdy nie widziałam Feniksa. Szlak mnie trafiał chwilami, gdy zdawałam sobie sprawę z tego, że śmierć podle atakuje bez względu na wiek. Nie patrzy na metrykę. Rozgląda się wokół, wskazuje palcem i ma gdzieś czy przeżyliśmy na tej ziemi tydzień, miesiąc, pół wieku. Byliśmy dobrymi ludźmi czy raczej podle krzywdziliśmy wszystkich wokół. Pracowaliśmy w pocie czoła każdego dnia czy oglądaliśmy tureckie seriale całe popołudnia. Nieważne. Cierpienia również doświadczymy wszyscy. Usłyszeliśmy ostatnio, że cierpienie to jest „kara boska”. Serio? Dla wierzącego w Boga to logiczne, że Jego niezmierzona dobroć nie pozwala Mu na karanie. Bóg nie ciska gromów z jasnego Nieba na rozkaz desperatów. Wydając wyroki, niesprawiedliwe sądy warto pamiętać, że Śmierć prędzej czy później zaśmieje nam się w twarz. Albo spojrzy łagodnie i powie spokojnym głosem: – Jesteś. Wybraliśmy drugą opcję. Bywałam smutna, że mieliśmy tyle ważnych planów i…wszystkie musieliśmy zostawić w poczekalni. Ułożyć w skrzyniach i zanieść na poddasze. Byłam z Ciebie dumna, że nie utraciłeś godności. Zawsze dobierałeś słowa tak, by dźwięczny śmiech zagłuszał nasze obawy. Poczucie humoru nie opuszczało Cię nawet w najtrudniejszych momentach. Pogodą ducha dzieliłeś się z chorymi na onkologii i zdrowymi w domu. Do dziś parskam śmiechem przypominając sobie Twoje samokrytyczne żarty. Radość to fenomenalne antidotum na bezradność. Dawkowałeś nam bez umiaru. Było mi jakoś nieswojo, gdy docierało do mnie, że taką podróż tak naprawdę trzeba przemierzyć w samotności. Zadawałam sobie pytanie, czy powinnam być nieustannie, trwać? Bywały chwile, gdy samotność była jedynym sposobem, by między nami zapadła błogosławiona cisza. Cisza. Odbudowanie samego siebie wymaga czasu, szczerości i zaangażowania wszystkich swoich mocnych stron. Często znalezienia ich, odkrycia na nowo. Zdjęcia wszystkich masek. Uświadomienia sobie, że brak pomocy od tzw. życzliwych ludzi– jest największym dobrodziejstwem. Niby chcą dla nas dobrze ale w zamian oczekują bezwzględnego szacunku i prawa do wchodzenia z butami w nasze życie. No niestety, my na czas raka rozłożyliśmy miękkie, lśniące bielą dywany. Neuropatia domaga się szczególnych delikatności. Zatem w samotności, w ciszy łatwo było znaleźć odpowiedź, na czym im naprawdę zależy. I bez trudu wytyczyliśmy drogę do swojego wnętrza. To właśnie tam, w najskrytszych zakamarkach duszy tkwi największa siła: UZDROWIENIE. Nadszedł czas, by przytulić tych, którzy nigdy nie zawiedli. Podać im rękę, spojrzeć w oczy i powiedzieć: – Mając takich ludzi obok, można góry przenosić. Z wdzięcznością chylę przed Wami czoło. Wasza obecność była subtelna, wierna i motywująca. Wasze słowa taktowne i celne. Budziły wolę walki. Pomagały znieść trudy choroby. Jesteście w naszych sercach każdego dnia. BEZ WAS TO BY SIĘ NIE UDAŁO. DZIĘKUJĘ.

11. Cztery pory raka Dowiedz się więcej »

10. Kiedy umrę Kochanie

Pewnego dnia słowa stracą swoje znaczenie Przedmioty utracą wartość Piosenka pozostanie na zawsze niedokończona Czas na moment się zatrzyma Zapadnie cisza Zbłąkany wzrok będzie szukał cienia ukochanej osoby W spojrzeniach W dźwiękach W pamiątkach Pamiętam jak baliśmy się myśleć o śmierci. Jak niezręcznie wypowiadaliśmy pierwsze, mrożące krew w żyłach sylaby. Czasami mieliśmy ochotę tupać nogami i krzyczeć na cały dom: „ to nie fair!”. Czasami trzaskaliśmy drzwiami i zamykaliśmy się w swoich samotnościach na cztery spusty. Ostatecznie udało nam się zawrzeć ten temat w kilku słowach piosenki i dwóch skąpych wpisach na blogu. Skromnie jak na powagę sytuacji i rangę wydarzenia, ale póki co wystarczy. Napisano już tyle o śmierci i niby jesteśmy z tym tematem oswojeni a jednak zawsze, gdy przychodzi ten moment mamy poczucie zagubienia, nienazwania. Sytuacja uwiera jak niewygodny but na weselu. Nie bardzo wiemy czy możemy płakać, bo przecież nastrój uroczysty, czy wypada narzekać, czy zachować kamienną twarz. Boso też nie bardzo. Idziemy na żywioł. Robimy, co czujemy bo przecież każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Rozmawiamy z dziećmi o tym przy okazji pogrzebu dalekiego wujka czy kuzynki dziadka, bo tak łatwiej. Ja mówię po prostu: „Poszła do Nieba”. Dzieci dopytywały, były ciekawe podstaw naszej religii, uproszczonej filozofii życia i śmierci na poziomie pięciolatka ale odpowiadałam im spokojnie, więc nie dopatrzyły się dramatyzmu sytuacji. I słusznie. Mam nadzieję, że gdy przyjdzie ten moment będą czuły, że to naturalna część naszej egzystencji. Najważniejsze, by żyły dobrze, to i przez umieranie przejdą z godnością. Od początku uważałam, że dobrze mi na tej ziemi. Stworzył mnie z największą dbałością o detale sam Bóg. Postawił mnie na tym świecie, w tym konkretnie czasie. Czyli jest ok. Nie wiem jak mi poszło  patrząc z góry – ale jestem za swoje życie niezmiernie wdzięczna. Kiedy dobiegnie końca –  jak w dniu narodzin będę szczęśliwa. I mówię Wam, moje dzieci, moi przyjaciele – żadnych łez. Jak macie taką myśl, że trzeba popłakać, wypłakać, spoko – zapraszam teraz, póki tu jestem. Możemy sobie wspólnie łezkę uronić. Zrobimy ciepłej herbaty z cytryną, upiekę szarlotkę, usiądziemy z podwiniętymi nogami i potęsknimy. Ale nie zniosę myśli, że ktoś mi będzie szlochał na moim pogrzebie. Absolutnie sobie tego nie życzę. Natomiast życzę sobie zdecydowanie – odmówić krótki pacierz i zaśpiewać. Nie klepać różańców w kaplicy. Serio. Jakaś Barka, Pewnej nocy, Maryjo śliczna Pani  i do domu, do dzieci celebrować życie. Pobyć razem. Docenić. Pocieszyć. Wysłuchać. Zrozumieć.  Żyć. Żadnych kwiatów i drogich zniczy. Szkoda kasy. Skromne, symboliczne światełko będzie super. Proszę postawić koło trumny skarbonkę na cele dobroczynne zamiast kupować te wszystkie znicze wielkie jak latarnie uliczne albo wieńce, które gniją później i nie ma ich kto sprzątnąć. I tyle. Jestem już spokojna. Jest szyfr, który tylko Ty potrafisz odczytać Jest klucz, który otworzy najważniejsze drzwi Nie ważne, kto odejdzie pierwszy. Powiedziałeś, że nikt tego nie wie. Wkrótce się spotkamy i ze zdziwieniem odkryjemy, że rozstanie trwało zaledwie chwilkę. I to jest piękne.

10. Kiedy umrę Kochanie Dowiedz się więcej »

9. Piasek czasu

Nie wyobrażałam sobie rozmowy na TEN temat. Gdzieś w zakamarkach umysłu budził się niepokój. Czułam, że ten moment nadejdzie, ale unikałam go jak wścibskiej sąsiadki. Siadałam często z wzrokiem utkwionym w ścianę i miałam pustkę w głowie. Jakimi  słowami rozmawia się o śmierci z najbliższa osobą? Rozstanie… Koniec…. Już nigdy… Słowa w mojej głowie rozrywały się na strzępy. Jak to jest, gdy ukochana osoba przechodzi na drugi brzeg? Czy będzie nas pamiętać? Czy to, co nas łączyło będzie miało TAM jakiekolwiek znaczenie? Jak pojąć wieczność, nieskończoność  gdy jesteśmy wtłoczeni w kategorie czasowo – przestrzenne? Zaczęłam rozumieć, dlaczego nigdy nie miałam w swoim domu tykających zegarów. Nie mogłam znieść tego dźwięku. Czas był dla mnie zawsze elastyczny i uwielbiałam nim dysponować w zależności od sytuacji. Nie miałam zegarka. Oprócz tego, który dostałam od Ciebie. To był wyjątkowy, stary, dworcowy zegar. Tykał tak subtelnie. Od początku wiedziałam, że nasz czas będzie odmierzany inaczej. Kreowaliśmy  „zawsze” w 3D z nieskończoną możliwością modelowania. Trudno pojąć, że tak z dnia na dzień nasze „ zawsze” szlak trafił. Nagle podcięło nogi i okazało się, że „zawsze” to  jakiś płaski, wyboisty trakt, który kończy się urwiskiem. Co za los. Gapię się w ścianę i czuję, że zaraz rozpłaczę się jak dziecko. Pierwszy raz od diagnozy. Zbieram się w całość i próbuję jakoś zacząć. Opowiadam jak odeszła moja babcia. To była święta kobieta i uwielbiam ją wspominać. Dobra, ciepła, serdeczna, niesamowicie cierpliwa i pracowita. Przepięknie ścieliła drewniane łóżko, na którym leżała ogromna pierzyna. Gdy byłam dzieckiem, miałam wrażenie, że sięga do sufitu. Stawałyśmy po przeciwnych stronach i uderzałyśmy rączkami w stos zbitego puchu tak długo, aż powierzchnia stawała się idealnie gładka jak lustro. Nad łóżkiem wisiał obraz świętej Rodziny. Babcia była wierną fanką Matki Bożej. Nie mogę się doczekać, kiedy znów zaparzy mi herbaty w szklance z cienkiego szkła w metalowym koszyczku. Opowiadam o niej i czuję, że nadal żyje w moich słowach. To ważne mieć kogoś tak bardzo bliskiego, kto będzie opowiadał naszą historię nawet gdy upłynie wiele lat od naszego odejścia. Dobrą historię, godną legendy. Zapytałeś, czy opowiem Twojemu synowi prawdę o Tobie. – Oczywiście. Cały czas to robię – zapewniłam. Mam do powiedzenia wiele dobrego. To moja siła i moja słabość – zawsze widzę w ludziach tyle dobra. Nawet gdy coś  im nie wychodzi, potkną się lub popełnią błąd, przyklepuję i ugładzam jak babciną pierzynę. Nie ma ludzi idealnych, ale każdy chciałby pozostawić po sobie dobre wspomnienia. Rozmawiam z Tobą lekkim tonem i nagle zaczynam się zastanawiać, czy Ty wiesz, że mnie również tu zostawisz? Samą zupełnie. Nikt nie dobierze specjalnie dla mnie idealnych słów pocieszenia. I nikt mi nie wyjaśni, dlaczego? Nastanie grobowa cisza. Jak w Twojej piosence – Jak, jak zdobyć tę ciszę? Paradoks tych słów mnie przytłacza. Miało być tyle muzyki …. Jestem na Ciebie chwilami tak wściekła. Dopiero się poznaliśmy. Mieliśmy tyle planów. To niesprawiedliwe. I nie mam komu tego wykrzyczeć. Tobie nie – bo z całych sił walczysz teraz z chorobą i nie możesz tracić energii na moją egzystencjalną histerię. Panu Bogu nie,  bo ufam Mu i jestem pewna, że On wie co dla nas dobre. No ale żeby tak?? Skrywam twarz w dłoniach. Łzy wściekłości są takie gorzkie. Mija kilka dni. Nasza chemiczna codzienność jest taka przewidywalna. Zastrzyki, leki, dolewka, kroplówka, kontrast, litry wody niegazowanej, ból, dyskomfort, fizyczność, bladość… I nagle zauważam kartkę. Wystaje z maszyny do pisania. Dawno nie pisałeś. Skradam się na paluszkach jak do śpiącego niemowlęcia. Czarne, blade literki docierają do mojego mózgu, uderzają falą znaczenia. Zaczynam je rozumieć. Koją mój ból. Tulą mój strach. Ocierają łzy. JESTEM ŚMIERTELNY I DOBRZE MI Z TYM. cdn.

9. Piasek czasu Dowiedz się więcej »

8. Retrospekcja

Położyłem się na łóżku i utkwiłem wzrok w mdły sufit. Z oddali dobiegał cichy gwar personelu oddziału onkologicznego. To nic, że czasem szorstko zwrócą nam uwagę: – Proszę nie mówić do mnie „siostro”. Jestem wykwalifikowaną pielęgniarką, nie siostrą. Nawet gdy surowym tonem motywują nas do przeżycia, oczywistym jest, że to dosłownie chodzące Anioły. Wiedzą o tym wszyscy pacjenci onkologii. Cierpliwe, z taktownym poczuciem humoru, z dobrym uśmiechem i subtelnym tonem głosu. Każdego dnia podłączają nam worki z chemią z taką wprawą i dokładnością jakby podawały nam rarytasy z najlepszej restauracji. Wolimy nie wiedzieć, co zawierają. Wolimy wierzyć lekarzom, że to ratuje nam życie. Czekam cierpliwie na swoją kolej. Najpierw mierzą ciśnienie. Jeśli jest za wysokie – nie można podać chemii. Musimy się wyciszyć. Czasem trzeba podać leki na obniżenie ciśnienia. Spokój, spokój, spokój. Oddycham miarowo. Próbuję przypomnieć sobie jakieś miłe wydarzenie z mojego życia. Życie jak życie. Wzloty i upadki. Sukcesy i porażki. Kasia mówi, że choroba to sygnał od organizmu, że coś jest nie tak. No a rak to już nie sygnał – to dźwięcząca nieustannie w uszach trąbka do ataku. Albo odwrotu – zależy co wybierzesz. My wybraliśmy walkę. Jednomyślnie i intuicyjnie. Każde z nas rozumiało ją po swojemu, ale z czasem udało się z tego złożyć sensowny strategiczny plan. Mówiła mi często, że najważniejsze to pogodzić się z samym sobą. Hmm…wydawało mi się, że tak jest, ale ona uważała inaczej. W każdym drobiazgu, w każdej podjętej decyzji wskazywała coś, co zrobiłem wbrew sobie. – Spełniałeś oczekiwania innych, czasem nawet żądania. Dlaczego? Bo mówili, że cię kochają, że chcą dla ciebie dobrze. A chcieli? – Nie bądź taka mądra. Twoje decyzje były zawsze takie idealne?  – gasiłem ją ironią w głosie, którą zawsze wychwyciła. – Tam gdzie nie ma wzajemności, nie ma miłości. Są prawdy absolutne, które nie podlegają dyskusji. Pogódź się z tym. To nie boli. Zaparzyłem kawę numer pięć. Wiedziałem, że ona na pewno je liczy. I na pewno jeszcze coś doda. – To twoje życie. Masz tylko jedno. CO jest dla ciebie naprawdę dobre? I tak oto zacząłem zaglądać w zakamarki swej pamięci. Powyciągałem na szpitalne łóżko albumy wspomnień. Przetargało mnie to przemądrzałe dziewcze metr sześćdziesiąt pięć przez alejkę, którą chodziłem codziennie do szkoły podstawowej, przez wrocławskie podwórka, skwer, na którym wyczyniałem cuda na deskorolce, przez wypady ze znajomymi w góry, domy kultury, matury, spotkania z krótkofalowcami i wiele innych, o których nigdy nikomu nie powiedziałem. Nie mówiłem jej oczywiście o wszystkim, co zobaczyłem. Ale ona i tak wiedziała. Znała cierpki i gorzki smak życia. Wiedziała, ile przeciwności musiałem pokonać, aby być w tym miejscu, w tym czasie. Wiedziała, jaką siłę trzeba mieć, by zamknąć definitywnie niektóre rozdziały swojego życia i zostać samemu ze sobą. Wiedziała, ile odwagi wymagały podejmowane teraz na szybko decyzje. Przyspieszone chorobą. Zrozumiałem, że to dobry czas na podsumowanie. Na zebranie z najlepszych życiowych momentów siły do walki z chorobą. Dobry czas na zaopiekowanie się sobą. Często powtarzała, że dbałem o innych najlepiej jak umiałem. Pora, żebym zadbał o siebie. Wyzdrowiał. Bo jestem najważniejszy i jeszcze tutaj potrzebny.

8. Retrospekcja Dowiedz się więcej »

7. Dobrze, że jesteście

„W niesieniu pomocy osobie przeżywającej trudności nie ma żadnego patosu. Pomoc osobie chorej, słabszej to naturalny odruch. Tak reaguje każda normalna istota ludzka. Stawką jest nasze człowieczeństwo”*. Albo je po prostu w sobie masz albo nigdy nie będziesz miał. Cała działalność charytatywna, którą  prowadziłam w ostatnich latach opierała się na tym założeniu. Nie widziałam nic wielkiego w tym, że spędzam swój wolny czas pomagając osobom chorym. To było, jest i zawsze będzie takie oczywiste. Każdego dnia spotykałam ludzi, którzy myśleli i reagowali tak samo. Zdarzało się mnóstwo małych i wielkich cudów. I nie chodzi tylko o imprezy charytatywne robione z wielkim rozmachem. Pamiętam zdanie, które wypowiedział człowiek angażujący się anonimowo w wiele dobroczynnych akcji. Rozbawiło mnie równie bardzo jak wzruszyło: – Chłopaki wyskakujcie z kasy bo trzeba ogarnąć paczkę na święta dla rodziny, w której są ciężko chore dzieci. Jak imprezujecie to nie liczycie stówek. A tu trzeba dzieciakom pomóc. No już! Po stówce każdy i gotowe. Otworzyłam oczy i zostałam bez słowa. Okazało się to prostsze niż mogłam się spodziewać. Tak spontanicznie też można zrobić komuś piękną niespodziankę? Wzruszyć do łez dzielną, samotną matkę walczącą każdego dnia z nieuleczalną chorobą? Można? No jasne! Wystarczy chcieć. Wbrew pozorom ludzi potrzebujących pomocy w leczeniu ciężkich chorób nie ma wokół nas tak wielu. A pomóc można na tysiące rozmaitych sposobów. Odrobina serdeczności i dobra wola wystarczy. Nieco wolnego czasu i zaangażowania. Drobny gest rozjaśni twarz. Nie robimy przecież nic wielkiego zawożąc chorego do szpitala, pomagając mu w zakupie leków. To nic szczególnego odwiedzić bliską osobę na onkologii, przywieźć czyste ręczniki, ulubioną gazetę, pachnącą piżamę na zmianę, zrobić drobne zakupy. Czasem zdarza się stać w korkach w wielkim mieście dwie godziny w drodze do szpitala, pomylić stacje metra i zabłądzić nawet ale potem można obrócić wszystko w żart. To takie oczywiste, łatwe i wykonalne ALE ale jedna osoba tego nie uniesie. Dlatego tak bardzo doceniam wszystkich, którzy w naszej codzienności z nieuleczalną chorobą okazali mnóstwo serdeczności i ciepła. Pięknie brzmiały słowa: – Gdybyście czegoś potrzebowali, dajcie znać. Cudownie jest wiedzieć, że są ludzie, którym wystarczy jedno słowo, jeden sms. Zawsze są gotowi pomóc. Cudownie jest wiedzieć, że daleko stąd też czuwają przyjaciele: wyślą z daleka ulubioną książkę, muzykę, którą się słuchało dawno temu a jakby wczoraj, rozbawią dobrym żartem, wspomnieniem. Taka świadomość bardzo pomaga przetrwać szczególnie pierwszy etap choroby. Ten łomot, po którym trzeba się szybko podnieść i z podniesioną głową stanąć do walki z każdym dniem w nowej rzeczywistości. Cały czas pamiętając o tym, że my tylko jesteśmy OBOK osoby chorej. My TYLKO pomagamy. Dobrze, że jesteście. *Christel Petitcollin

7. Dobrze, że jesteście Dowiedz się więcej »

6. Walcz jak lew!

Cierpki ten temat. Wprawia w zakłopotanie. Dowiadujesz się, że Twój bliski ma raka i co? Nie bardzo wiesz, jak zareagować? Zastanawiasz się, co powiedzieć? No to pół biedy, jeśli się zastanawiasz. Najgorzej gdy klepiesz co ci ślina na język przyniesie. Jestem tak blisko, a często nie bardzo wiem, co powiedzieć. Każdy dzień przynosi inny nastrój, inne skutki uboczne. Tak łatwo zrobić z siebie idiotę. A dokładać choremu do diagnozy idiotyczne słowa niby pocieszenia to jak kopać leżącego. Rak to rak. Innej diagnozy nie będzie. Im szybciej się z tym oswoisz tym lepiej. Jak nie masz nic mądrego do powiedzenia, zamknij dziób i zajmij się swoimi sprawami. Jak nie chcesz pomóc, to nie przeszkadzaj. Trudno mi wytłumaczyć jak to się stało, ale rak nigdy nie był w naszym życiu na pierwszym miejscu. Mamy mnóstwo planów i pomysłów na przyszłość. Sporo pogodnych, roześmianych chwil. Nie siedzimy i nie płaczemy. Mamy jeden cel – jak najszybciej z tego wyjść i żyć dalej. Żyć z całych sił. W naszym terminarzu  na najbliższy rok rak jest tylko data kolejnej chemioterapii. Zaliczone – skreślone. Chcesz pocieszyć? Gdy pacjent  jest dzieckiem – to tak, przede wszystkim trzeba pocieszać dzień i noc. Przytulać, kołysać. Ale jeśli jest dorosły i do tego jest mężczyzną – pocieszanie na siłę jest karykaturalne. Wysysa energię do walki. Wszelkie szlochy, histerie, przekleństwa pokazywały jak bardzo niektórzy czują się zagubieni z nie swoją diagnozą. Słowa: „nie poddawaj się”  „bądź silny” są całkiem spoko, ale niekoniecznie wobec człowieka, który nawet przez sekundę się nie poddał. Rozumiem, że są ludzie, którzy z diagnozą „ katar” kładą się do łóżka i stawiają na nogi cały dom – tak, oni potrzebują takich właśnie życzeń. A więc Twój bliski jest poważnie chory… Zastanów się chwilę. Wycisz. Przede wszystkim wycisz. Zdaj sobie sprawę, do kogo mówisz. Jaki to człowiek? Jak znosi swoje życiowe sukcesy i jak radzi sobie z porażkami? Jakie miał plany na przyszłość? Weź proszę pod uwagę, że mówisz do kogoś, kto przepięknie odważa każde słowo. Kogoś , kto latami prowadził debaty z fascynującymi ludźmi z całego świata. Do człowieka elokwentnego o nieprzeciętnie bystrym umyśle. Człowieka, którego słuchają setki ludzi. Człowieka, który składa rymy na zawołanie przy parzeniu porannej kawy. A czasem musi słuchać pocieszeń na tak niskim poziomie, że na nim już rymów nawet nie da się znaleźć. No ale czujesz nieodpartą potrzebę by przerwać tę „niezręczną ciszę”. Dobra. Po pierwsze: po diagnozie RAK cisza nie jest niezręczna. Jest przyjemna i kojąca. Potrzebna. Delektujemy się nią. I wcale nie chodzi o brak dźwięków wokół nas. Wyobrażacie sobie 20 sms – ów dziennie z pytaniem: Hej, właśnie się dowiedziałem. Jak się czujesz? – od ludzi, których ostatni raz widziałeś gdzieś w okolicy swojej pierwszej komunii? Albo 20 telefonów od ludzi, których widziałeś wczoraj, ale od lat w niczym ci realnie nie pomogli? Po tygodniu przychodzi ochota, żeby wrzucić telefon. Chyba wszyscy znamy ten cytat: „Najgorzej to jest jak się ktoś przyczepi, mówisz takiemu a on nic, i wtedy zapada taka niezręczna cisza co nie?” Dodam, że dotyczył on najbliższych przyjaciół a zatem najpierw zamilcz. Może do Ciebie, przyjacielu są skierowane te niewypowiedziane głośno słowa? Po drugie: Im lepiej znasz człowieka, tym lepiej wiesz, co powiedzieć. To niebywałe uczucie patrzeć jak rozjaśnia się twarz najbliższej osoby, która toczy najważniejszą i najtrudniejszą bitwę – o własne życie. Wtedy wiem, że słowa były odpowiednio dobrane, że napisał je PRAWDZIWY PRZYJACIEL, który zna, rozumie, wspiera i zagrzewa do walki. Jest tuż obok nas, nawet gdy dzielą nas setki kilometrów. Mamy kilka takich swoich perełek i jesteśmy za nie ogromnie wdzięczni. Po trzecie: Jeśli masz to za sobą MÓW śmiało. Bez wahania. Na pewno Twoje słowa pomogą. I podniosą na duchu. Widziałam, potwierdzam – mają MOC. Po czwarte: Skoro nie masz najmniejszej ochoty POMÓC, to po co się w ogóle odzywasz? Aby zaspokoić swoją ciekawość? Słabe. Jest tyle ciekawszych tematów. Najpiękniejsze słowa to te, za którymi idą czyny. – Słuchaj, jestem z Tobą. Jakbyś czegoś potrzebował to dzwoń śmiało. – Jak chcesz ze mną pogadać, to dzwoń. Jak nie chcesz, to SZANUJĘ TO  I ROZUMIEM. – Mów, co potrzeba. Pomogę. – Podwiozę jak będzie trzeba. – Będę się za Ciebie modlić. To słowo i konkretne działanie. Każde z tych zdań brzmi pięknie, prawdziwie, szczerze. Każde z tych zdań rozjaśnia twarz, rozjaśnia naszą skomplikowaną codzienność. Daje spokój i poczucie bezpieczeństwa a także pewność, ze WYGRAMY. I to naprawdę WYSTARCZY.

6. Walcz jak lew! Dowiedz się więcej »

5. Dla tych, którzy odeszli

Niebo jest przestronne. W Niebie jest miejsce dla wszystkich. Idących prosto i tych, co na bezdrożach. Po trudach wędrówki znajdziemy tam ukojenie. I dobre ramiona naszych bliskich, którzy odeszli przed nami. W tym roku nawet świeczki nie mogę im zapalić, chociaż tak bardzo pamiętam każde dobre słowo, każdą mądrą myśl, które prowadziły mnie przez życiowe zakręty. Ale mogę i bardzo chcę posłuchać Twoich dobrych myśli. Przyjrzeć się temu, jak o mnie dbasz i jak delikatnie ze mną rozmawiasz, kiedy popełniam błąd. Mogę zasłuchać się w Twój oddech i zasnąć spokojna. Mogę w trudnych chwilach poskarżyć się Tobie, że brak mi sił, ale poskarżyć tylko słowami, czasem łzami, bo wiesz, że zawsze wstanę i pójdę dalej. Nie ugrzęznę. Mogę zadać kolejne banalne pytanie jak to się dzieje, że cukier znowu jest ubabrany od kawy? Mogę wysłuchać Twoich zwierzeń. Nieustannie trwać. Milczeć godzinami, kiedy brak mi słów na podłość. Mogę pośmiać się głośno z naszych pokręconych żartów. Mogę powspominać: A pamiętasz  jak upadłam z krzesła obrotowego? Był taki huk!!! Myślałam, że głowa pękła mi na pół. Straciłam przytomność na kilka sekund. Gdy się ocknęłam usłyszałam przerażenie w Twoim głosie. Mogę przeglądać obrazki z naszego życia. Tak krótkiego życia, a tak bogatego, że półki uginają się od albumów. Na zdjęciach naszych chwil, tych nigdy nie wykonanych Twój mądry wzrok spogląda zawsze tam, gdzie ktoś cierpi bardziej niż my. Gdzie ludziom zabrakło nadziei. Od początku patrzymy w tym samym kierunku. Mogę Ci po raz setny wyznać, że nikt nie zapełni tego miejsca, które jest obok mnie. Tylko Ty. Powiedzieć po raz kolejny naiwnie, że to jest najważniejszy argument, żeby tu jeszcze zostać. Może uśmiechniesz się i przytakniesz? Nie czas jeszcze na nas. Dużo pracy nas czeka. Dużo nadziei do rozdania. Tu i teraz.

5. Dla tych, którzy odeszli Dowiedz się więcej »

5.Wyjście ewakuacyjne

Zostałeś tam. Twoje oczy pocieszały mnie spokojnym szeptem na pożegnanie. Myśli przytulały mnie i próbowały dodać sił. Znam doskonale nasz niespotykanie wysoki poziom empatii wzajemnej. Twój ból odczuwam zawsze bardziej niż własny. A Ty mój. Tego popołudnia czułam, że rozsypuję się na kawałki. Strach odbiera mi oddech. W oparach paniki nie potrafiłam dostrzec wyjścia. Jutra nie będzie. Jutro nastąpi Armagedon. – Cicho maleńka. Jak Ty nie dasz rady, to znaczy, że tego się nie dało zrobić. -Ale ja… -Tak. Właśnie Ty. I tylko Ty. Nie miałam pojęcia, co to za choroba. Nie znałam jej z bliska. Nikt z mojej rodziny nigdy nie chorował na raka. Dalszych znajomych trochę głupio pytać. Każdy ma inną wrażliwość na swoim punkcie. Nie zamierzałam studiować wpisów z Internetu. Zresztą nie było na to czasu. Przeszłam solidną szkołę przy chorobie młodego. Zdałam z wyróżnieniem egzamin z wytrwałości. Codzienna walka z nieznanym przeciwnikiem działającym z ukrycia nie zniechęci mnie nigdy. Zalecenia lekarskie są dla mnie jednoznaczne i zrozumiałe. Wiem, że trzeba ich przestrzegać. Nie ja zarywałam noce nad podręcznikami do medycyny. Ślęczałam nad wierszami. Swoje literackie mądrości mogę teraz upchnąć w kąt. Trzeba zakasać rękawy i zacząć działać. Robić coś, cokolwiek. Na początek musiało mi to wystarczyć. Wyjść z podniesioną głową i ułożyć jakikolwiek plan. – Do zobaczenia jutro Skarbie – wykrzesałam i zdusiłam łzy bezradności.

5.Wyjście ewakuacyjne Dowiedz się więcej »

4.Korytarz

  Duszny i zatłoczony. Mnóstwo ludzi. Przykucają przy ścianach. Zniecierpliwieni próbują spacerować, ale właściwie stoją w miejscu. Marudne dzieci piszczą na zmianę. Młodsze zanoszą się od płaczu. Starsze ciągną rodziców za nogawki: -Mamoo chce do maka. -Mamo pić. -Mamo jeść. -Mamooo mak. -Jeść. -Mamoooo… Boże! Zaraz zwariuję! Wszystkie wołają mamo a żadne nie moje. Wyciszam na chwilę instynkt ratowania przed upadkiem cudzych dzieci potykających się o własne sznurówki. Zamykam oczy. Nakładam słuchawki i wpadam w rytm rapu przeplatanego wulgaryzmami. Głośniej się nie da. Może uda się chociaż na chwilę zagłuszyć przerażone myśli. „Trudny dzieciak to nie ksywa, trudny dzieciak to jest model, to wytwór społeczeństwa, które nie jest wzorcowe. Ból noszę w sobie, już na zawszę tak będzie, nie potrafię go porzucić, w poczuciu krzywdy grzęznę. Na razie to wyszedłem na super prostą nieźle, ilu jest takich dzieciaków którzy mówią nie dobiegłem” Dobre, proste, zwięzłe. Jak lekarz wypowiadający diagnozę. Czekamy na nią wszyscy. Staramy się usilnie nie wpadać w panikę. Centrum Onkologii – miejsce najdzielniejszych wojowników. Każdy, kto siedział kiedyś na takim korytarzu w kolejce po wyniki najbliższej osoby wie, jak trudna to chwila. Zaczynasz się zastanawiać, co było nie tak w diecie, w trybie życia, że ciało alarmuje chorobą. Może za duży stres? Może za dużo nadgodzin w pracy? Może zawiłe relacje rodzinne drążyły przesmyk dla choroby? Może demony przeszłości nigdy nie poskromione drą ryje bo miały na to przyzwolenie? Może złe życzenia złych osób nas dopadły akurat w chwili przesilenia jesiennego i osłabienia odporności? Siedzę zdurniała, bez sensownych myśli w głowie, bez odwagi, bez spokoju. Mała, dziecięca dłoń stuka mnie w ramię. Moje serce jeszcze w tle wystukuje ten kategoryczny rytm: To nie jest ważne gdzie kto się wychował Nadejdzie czas rozliczeń to podziękuję wrogom. Zdejmuję szybko słuchawki, chociaż boję się słów, które usłyszę. -Czy tata jest bardzo chory? -Jeszcze nie wiem. Czekamy. -Ale wyzdrowieje? -Tak. -Ale na pewno? -Tak, Skarbie. NA PEWNO.

4.Korytarz Dowiedz się więcej »

3. Paradoks

Wyszłam na balkon i oparłam dłonie o chwiejną balustradę. Moje stopy ważyły tonę. Jakiś srebrny, ciekawy samochód sunął wolno po mojej ulicy. Kierowca pisał sms trzymając telefon na kolanie. Jechał 30km/h i nie martwił się, że jakaś trzyletnia dziewczynka z rozwianymi blond włosami wytoczy się pędem z bramy na rowerku biegowym poniżej jego linii wzroku. A może jednak się martwi? I wie, że płynie po  szosie jak linoskoczek. Wie, że nie może się nawet na moment zawahać, bo ktoś zginie. Za wszelką cenę muszę zdobyć taką pewność. W oparach paradoksu. Słowami zbudować nowy świat. Dla nas. Mamy raka. Tak. To tylko rak.

3. Paradoks Dowiedz się więcej »

2.Modlitwa

Był rok 1988. Dopiero dziś pisząc te słowa zdałam sobie sprawę z tego, że miałam wtedy zaledwie 11 lat. Czułam się bardzo dorosła. Jak dziecko w obliczu śmierci. Pamiętam, że mama ciągnęła mnie do przychodni z bezwładnymi nogami. Nie była w stanie unieść. Jakiś pan podbiegł, pomógł. Reszty nie pamiętam. Potem szpital. Punkcja kręgosłupa. I wielka niewiadoma. Pamiętam lekarzy nad moim łóżkiem szepczących między sobą. – Nie wiem. – Nie spotkałem się. – Wygląda na DIC – Krew fatalna. Miałam skórę jak pergamin i mnóstwo czerwonych kropeczek na całym ciele. Byłam bardzo słaba. Oddychałam z trudem. Leżałam w izolatce. Na dziecięcym ściany były przeszklone. Któregoś dnia za szybą, przez mgłę swojego osłabienia zobaczyłam oczy wpatrujące się we mnie uważnie. Po chwili dostrzegłam uśmiech, a potem ukazała się twarz. Chłopiec o ciemnych oczach, śniadej karnacji z kosmykami loków wokół twarzy wyglądał niczym przeciwieństwo aniołków z kolędowych obrazków. Usiadł przy łóżku i patrzył cierpliwym wzrokiem. Na początku nie miałam siły mówić. Cicho i wolno snuł opowieści. Pamiętam tylko jedną. O Aniołach. Mówił, że kiedy śmierć jest blisko Bóg zsyła Anioły, które dają nam światło. Nazywa się ono NADZIEJA. Mimo bólu, słabości, musimy wykrzesać siłę, by je przyjąć. Nie możemy się poddawać. To światło będzie przy nas już zawsze i da siłę na kolejne trudne momenty w życiu. Kiedy odzyskałam siłę na tyle, by móc rozmawiać, zapytałam go dlaczego jest w szpitalu? – Mam białą krew. – Naprawdę? – Tak, ale to widać tylko pod mikroskopem – uśmiechnął się tajemniczo. Kiedy dorosłam na tyle by go odszukać, zdałam sobie sprawę, że powinnam zacząć od cmentarza w Chorzowie. Nie powinnam szukać wśród żywych. Minęło wiele lat, a nadal nie ma leku na białaczkę. Kiedy dorosłam, uświadomiłam sobie także, że przez dwa tygodnie mojego pobytu nikt go nie odwiedził. Miał 12 lat i był zupełnie sam. Moi rodzice przychodzili po pracy i zastawali go przy moim łóżku. Próbuję sobie przypomnieć czy oni z nim rozmawiali, ale nie pamiętam. Opowiadał, rysował albo po prostu siedział. Mój Archanioł. Jego imię brzmiało: „Bóg uzdrawia”. Minęły lata. Poznałam wiele literackich opowieści o Aniołach. Niezwykłe rzeczy dzieją się kiedy śmierć jest blisko. Wiele osobistych zwierzeń wysłuchałam o niepojętych cudach. I jedna piękna teoria się potwierdziła, że oczy są zwierciadłem duszy. W oczach widać wszystko. Czas płynie a one pozostają niezmienne. Jest rok 2003. Może 2004. Nie pamiętam dokładnie. Idę na spacer nad rzekę. Uwielbiam ją. Wrzucam do niej zawsze w myślach wszystkie smutki. Odpływają. Wracałam silniejsza. Niestety nie dziś. Obiegłam wzrokiem horyzont, spokojny nurt rzeki, wysokie trawy i zatrzymałam się na oczach. Zasłoniłam twarz z przerażenia, ale to nie pomogło. Próbowałam złapać powietrze i równowagę. Człowiek, którego zobaczyłam, siedział ze stoickim spokojem na brzegu rzeki i łowił ryby. Zobaczyłam przed nim przepaść za nim otchłań. Bezdenną. Nigdy wcześniej ani nigdy później go nie widziałam. Ale te oczy i to spojrzenie znam bardzo dobrze. Wtedy przypomniałam sobie słowa sprzed wielu lat na pożegnanie: – Nie martw się. Któreś z nas na pewno przeżyje.  

2.Modlitwa Dowiedz się więcej »

pl_PL
Przewijanie do góry