11. Cztery pory raka
To była niespodziewana podróż. Zaczęła się w środku zimy. Nie było czasu nawet na spakowanie podręcznego bagażu. Po prostu rak i już! Z dnia na dzień. Ująłeś moją chłodną dłoń i spokojnym, równym krokiem wyruszyliśmy w nieznane. Naprzód! Dziś spoglądam wstecz z niedowierzaniem. Aż tyle cykli chemioterapii? Tysiące kilometrów, dziesiątki tabletek, zastrzyków… To wszystko za nami? Udało się? Przeżyliśmy? Rozglądam się po tym polu bitwy i widzę oczy z sinym cieniem aż po kości policzkowe. Widzę skórę, która robi się przeźroczysta. Widzę ciało, które zniosło wszystkie skutki uboczne. Palce, z których skóra sypała się czasem jak płatki śniegu w Wigilię. I oczy, w których cały ten czas lśniła nadzieja. No i ból. Nigdy nie widziałam z bliska tak dramatycznej walki z Czasem. Nigdy nie widziałam Feniksa. Szlak mnie trafiał chwilami, gdy zdawałam sobie sprawę z tego, że śmierć podle atakuje bez względu na wiek. Nie patrzy na metrykę. Rozgląda się wokół, wskazuje palcem i ma gdzieś czy przeżyliśmy na tej ziemi tydzień, miesiąc, pół wieku. Byliśmy dobrymi ludźmi czy raczej podle krzywdziliśmy wszystkich wokół. Pracowaliśmy w pocie czoła każdego dnia czy oglądaliśmy tureckie seriale całe popołudnia. Nieważne. Cierpienia również doświadczymy wszyscy. Usłyszeliśmy ostatnio, że cierpienie to jest „kara boska”. Serio? Dla wierzącego w Boga to logiczne, że Jego niezmierzona dobroć nie pozwala Mu na karanie. Bóg nie ciska gromów z jasnego Nieba na rozkaz desperatów. Wydając wyroki, niesprawiedliwe sądy warto pamiętać, że Śmierć prędzej czy później zaśmieje nam się w twarz. Albo spojrzy łagodnie i powie spokojnym głosem: – Jesteś. Wybraliśmy drugą opcję. Bywałam smutna, że mieliśmy tyle ważnych planów i…wszystkie musieliśmy zostawić w poczekalni. Ułożyć w skrzyniach i zanieść na poddasze. Byłam z Ciebie dumna, że nie utraciłeś godności. Zawsze dobierałeś słowa tak, by dźwięczny śmiech zagłuszał nasze obawy. Poczucie humoru nie opuszczało Cię nawet w najtrudniejszych momentach. Pogodą ducha dzieliłeś się z chorymi na onkologii i zdrowymi w domu. Do dziś parskam śmiechem przypominając sobie Twoje samokrytyczne żarty. Radość to fenomenalne antidotum na bezradność. Dawkowałeś nam bez umiaru. Było mi jakoś nieswojo, gdy docierało do mnie, że taką podróż tak naprawdę trzeba przemierzyć w samotności. Zadawałam sobie pytanie, czy powinnam być nieustannie, trwać? Bywały chwile, gdy samotność była jedynym sposobem, by między nami zapadła błogosławiona cisza. Cisza. Odbudowanie samego siebie wymaga czasu, szczerości i zaangażowania wszystkich swoich mocnych stron. Często znalezienia ich, odkrycia na nowo. Zdjęcia wszystkich masek. Uświadomienia sobie, że brak pomocy od tzw. życzliwych ludzi– jest największym dobrodziejstwem. Niby chcą dla nas dobrze ale w zamian oczekują bezwzględnego szacunku i prawa do wchodzenia z butami w nasze życie. No niestety, my na czas raka rozłożyliśmy miękkie, lśniące bielą dywany. Neuropatia domaga się szczególnych delikatności. Zatem w samotności, w ciszy łatwo było znaleźć odpowiedź, na czym im naprawdę zależy. I bez trudu wytyczyliśmy drogę do swojego wnętrza. To właśnie tam, w najskrytszych zakamarkach duszy tkwi największa siła: UZDROWIENIE. Nadszedł czas, by przytulić tych, którzy nigdy nie zawiedli. Podać im rękę, spojrzeć w oczy i powiedzieć: – Mając takich ludzi obok, można góry przenosić. Z wdzięcznością chylę przed Wami czoło. Wasza obecność była subtelna, wierna i motywująca. Wasze słowa taktowne i celne. Budziły wolę walki. Pomagały znieść trudy choroby. Jesteście w naszych sercach każdego dnia. BEZ WAS TO BY SIĘ NIE UDAŁO. DZIĘKUJĘ.
11. Cztery pory raka Dowiedz się więcej »





