Autor: Katarzyna Bednarz

Tak Wspieramy

Turnusy Usprawniające

  Każdy Krok to Marzenie Dla wielu naszych podopiecznych każdy samodzielny krok to ogromne wyzwanie, a wejście po schodach pozostaje w sferze marzeń. W Fundacji Dar Nadziei wierzymy, że intensywna i regularna rehabilitacja jest kluczem do otwierania drzwi, które wydają się zamknięte. Wasze wsparcie sprawia, że te marzenia stają się osiągalne. Czym są Turnusy Usprawniające? Turnusy usprawniające to intensywne, pięciodniowe cykle rehabilitacyjne, w których większość naszych podopiecznych uczestniczy regularnie, raz w miesiącu. Dla każdego dziecka tworzony jest indywidualny plan terapii, dostosowany do jego unikalnych potrzeb i możliwości. To czas maksymalnej koncentracji na postępach i ciężkiej, ale niezwykle owocnej pracy. Główne Cele Turnusu – Profesjonalne Wsparcie w Pigułce Podczas każdego turnusu nasi specjaliści skupiają się na czterech kluczowych obszarach, które mają realny wpływ na życie dziecka i jego rodziny: ✅ Diagnoza i Cel: Rozpoznanie i ustalenie kluczowych problemów rozwojowych dziecka, aby terapia była jak najbardziej precyzyjna. ???? Plan Działania w Domu: Stworzenie skutecznego i realistycznego planu pracy rehabilitacyjnej do kontynuacji w domu. ♿ Ergonomia i Otoczenie: Ustalenie prawidłowej ergonomii w domu, aby ułatwić codzienne funkcjonowanie zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom. ???? Konkretne Wskazówki: Przekazanie szczegółowych instrukcji i zaleceń do ćwiczeń, aby rodzice czuli się pewnie, wspierając rozwój dziecka każdego dnia. Nasi Mali Wojownicy Jesteśmy niesamowicie dumni z naszych podopiecznych. Ich determinacja i wytrwałość w trakcie żmudnych ćwiczeń są dla nas największą inspiracją i motywacją do dalszego działania. Każdy, nawet najmniejszy postęp, to ich ogromny sukces, który świętujemy razem z nimi. Twoje Wsparcie to Moc Dobra! Regularne comiesięczne turnusy dla naszych podopiecznych są możliwe tylko dzięki Wam, Drodzy Darczyńcy. Wasz gest serca i wsparcie finansowe przekładają się bezpośrednio na konkretną pomoc i realne postępy naszych małych bohaterów. Twoja wpłata pomaga nam pokryć te koszty. Wesprzyj Nas

Tak Wspieramy

Medyczna Paczka

„Medyczna Paczka” to nasza forma realnego wsparcia dla osób nieuleczalnie, długotrwale i obłożnie chorych – podopiecznych Fundacji Dar Nadziei. W każdej paczce znajdują się niezbędne środki opatrunkowe, pieluchomajtki, podkłady higieniczne, maści przeciwodleżynowe, drobny sprzęt medyczny oraz inne artykuły pierwszej potrzeby, które przynoszą ulgę w codziennym zmaganiu się z chorobą. To jednak znacznie więcej niż pomoc materialna. To także czas niezwykle cennych, serdecznych spotkań wolontariuszy Anieli w Bieli z naszymi podopiecznymi – chwil pełnych wzruszeń i nieopisanej wdzięczności po obu stronach. Twoja pomoc w akcji „Medyczna Paczka” jest bezcenną iskrą nadziei dla tych, którzy od lat zmagają się z ciężarem choroby. Dziękujemy z całego serca, że jesteś z nami i wspierasz tych, którzy potrzebują tego najbardziej. Twoje zaangażowanie ma ogromne znaczenie!

Aktualności

Spacer z Aniołami’ po Raz Drugi: Cudowne Chwile, Wspaniali Ludzie!

Spacer z Aniołami – Wdzięczność i Radość w Trudnych Momentach. Już po raz drugi zrealizowaliśmy Spacer z Aniołami – naszymi ukochanymi dziećmi nieuleczalnie chorymi. Podjęliśmy wyjątkowe wyzwanie, przeszliśmy malowniczą trasę pełną niespodzianek, a wszystko to z radością i wiarą w lepsze jutro. Spacer z Aniołami to dla nas ważny moment w przygotowaniach do VI Turnieju Charytatywnego, na który już dziś serdecznie zapraszamy! Z radością gościliśmy Wójta Kobyla Góry, Wiesława Berskiego, a także: – Stowarzyszenie Bierzowianie Razem – Ewe Kotwicką, która przyjechała do nas z Wrocławia – Stowarzyszenie Zjednoczeni. Dziękujemy Ani i Reni za doskonałe prowadzenie tegorocznego spaceru oraz pyszny poczęstunek w Klubie Żeglarskim! Szczególne podziękowania dla Doroty, Doroty, Beaty i Jadzi za piękne medale  oraz Justynie za wspaniałą grafikę. Dziękujemy wszystkim za radość i nadzieję, które przynieśliście ze sobą. Było wspaniale!   Bądźcie z nami na naszych wydarzeniach i wspólnie zróbmy krok w stronę lepszej przyszłości naszych Bohaterów! 

Aktualności

21 Czerwca: VI Turniej Charytatywny 'Łączy Nas Dobro’ dla Leny i Podopiecznych!

Kochani, z ogromną radością zapraszamy Was na VI edycję Charytatywnego Turnieju Piłki Nożnej o Puchar Burmistrza Miasta i Gminy Grabów nad Prosną pod pięknym hasłem „Łączy Nas Dobro”! Szykuje się dzień pełen sportowych emocji, wspaniałej zabawy dla całych rodzin i, co najważniejsze, wielkiego pomagania! Spotykamy się 21 czerwca 2025 roku (sobota) w godzinach 15:00 – 20:00 na Stadionie Miejskim w Grabowie nad Prosną. W tym roku wszystkie zebrane środki zostaną przeznaczone na wsparcie leczenia i rehabilitacji Leny Podgórskiej z Czajkowa oraz pozostałych Podopiecznych Fundacji Dar Nadziei. Wasza obecność i każde wsparcie będą dla nich bezcenne! Turniej poprowadzi niezastąpiony Piotr Adamczyk, a program wypełniony jest po brzegi atrakcjami: Emocjonujące mecze piłkarskie z udziałem drużyn z całego powiatu. Występy artystyczne przedszkolaków z powiatu ostrzeszowskiego, w tym uroczy „Taniec z Aniołami”. Spektakularny przejazd motocyklistów ulicami miasta na czele z MOTOCYKLIBRE OSTRZESZÓW. Symboliczna akcja „Serce dla Lenki” na płycie boiska. Dla najmłodszych: dmuchane zamki i animacje od GOOD PARTY oraz specjalna Strefa Kibica. Prawdziwa uczta dla podniebienia: Słodki stół przygotowany przez KGW Czajków. Pyszności z grilla od Pawła Łuczaka. Napoje od KULAJ I HULAJ OSTRZESZÓW. Lody od POWIDŁO. Nie zabraknie też waty cukrowej i popcornu! To więcej niż sport – to święto naszej społeczności, która po raz kolejny pokaże, jak wielką ma moc pomagania. Fundacja Dar Nadziei (kontynuująca misję pomocy znaną wielu z Was wcześniej pod nazwą Anieli w Bieli) serdecznie zaprasza do wspólnego kibicowania i wspierania naszych małych bohaterów. Nie może Was zabraknąć! Pokażmy, że dobro naprawdę nas łączy! Do zobaczenia! #FundacjaDarNadziei #ŁączyNasDobro #TurniejCharytatywny #GramyDlaLeny #GrabównadProsną #PowiatOstrzeszowski #PomagamyDzieciom #Wsparcie #PiłkaNożnaCharytatywnie

To tylko rak.

11. Cztery pory raka

To była niespodziewana podróż. Zaczęła się w środku zimy. Nie było czasu nawet na spakowanie podręcznego bagażu. Po prostu rak i już! Z dnia na dzień. Ująłeś moją chłodną dłoń i spokojnym, równym krokiem wyruszyliśmy w nieznane. Naprzód! Dziś spoglądam wstecz z niedowierzaniem. Aż tyle cykli chemioterapii? Tysiące kilometrów, dziesiątki tabletek, zastrzyków… To wszystko za nami? Udało się? Przeżyliśmy? Rozglądam się po tym polu bitwy i widzę oczy z sinym cieniem aż po kości policzkowe. Widzę skórę, która robi się przeźroczysta. Widzę ciało, które zniosło wszystkie skutki uboczne. Palce, z których skóra sypała się czasem jak płatki śniegu w Wigilię. I oczy, w których cały ten czas lśniła nadzieja. No i ból. Nigdy nie widziałam z bliska tak dramatycznej walki z Czasem. Nigdy nie widziałam Feniksa. Szlak mnie trafiał chwilami, gdy zdawałam sobie sprawę z tego, że śmierć podle atakuje bez względu na wiek. Nie patrzy na metrykę. Rozgląda się wokół, wskazuje palcem i ma gdzieś czy przeżyliśmy na tej ziemi tydzień, miesiąc, pół wieku. Byliśmy dobrymi ludźmi czy raczej podle krzywdziliśmy wszystkich wokół. Pracowaliśmy w pocie czoła każdego dnia czy oglądaliśmy tureckie seriale całe popołudnia. Nieważne. Cierpienia również doświadczymy wszyscy. Usłyszeliśmy ostatnio, że cierpienie to jest „kara boska”. Serio? Dla wierzącego w Boga to logiczne, że Jego niezmierzona dobroć nie pozwala Mu na karanie. Bóg nie ciska gromów z jasnego Nieba na rozkaz desperatów. Wydając wyroki, niesprawiedliwe sądy warto pamiętać, że Śmierć prędzej czy później zaśmieje nam się w twarz. Albo spojrzy łagodnie i powie spokojnym głosem: – Jesteś. Wybraliśmy drugą opcję. Bywałam smutna, że mieliśmy tyle ważnych planów i…wszystkie musieliśmy zostawić w poczekalni. Ułożyć w skrzyniach i zanieść na poddasze. Byłam z Ciebie dumna, że nie utraciłeś godności. Zawsze dobierałeś słowa tak, by dźwięczny śmiech zagłuszał nasze obawy. Poczucie humoru nie opuszczało Cię nawet w najtrudniejszych momentach. Pogodą ducha dzieliłeś się z chorymi na onkologii i zdrowymi w domu. Do dziś parskam śmiechem przypominając sobie Twoje samokrytyczne żarty. Radość to fenomenalne antidotum na bezradność. Dawkowałeś nam bez umiaru. Było mi jakoś nieswojo, gdy docierało do mnie, że taką podróż tak naprawdę trzeba przemierzyć w samotności. Zadawałam sobie pytanie, czy powinnam być nieustannie, trwać? Bywały chwile, gdy samotność była jedynym sposobem, by między nami zapadła błogosławiona cisza. Cisza. Odbudowanie samego siebie wymaga czasu, szczerości i zaangażowania wszystkich swoich mocnych stron. Często znalezienia ich, odkrycia na nowo. Zdjęcia wszystkich masek. Uświadomienia sobie, że brak pomocy od tzw. życzliwych ludzi– jest największym dobrodziejstwem. Niby chcą dla nas dobrze ale w zamian oczekują bezwzględnego szacunku i prawa do wchodzenia z butami w nasze życie. No niestety, my na czas raka rozłożyliśmy miękkie, lśniące bielą dywany. Neuropatia domaga się szczególnych delikatności. Zatem w samotności, w ciszy łatwo było znaleźć odpowiedź, na czym im naprawdę zależy. I bez trudu wytyczyliśmy drogę do swojego wnętrza. To właśnie tam, w najskrytszych zakamarkach duszy tkwi największa siła: UZDROWIENIE. Nadszedł czas, by przytulić tych, którzy nigdy nie zawiedli. Podać im rękę, spojrzeć w oczy i powiedzieć: – Mając takich ludzi obok, można góry przenosić. Z wdzięcznością chylę przed Wami czoło. Wasza obecność była subtelna, wierna i motywująca. Wasze słowa taktowne i celne. Budziły wolę walki. Pomagały znieść trudy choroby. Jesteście w naszych sercach każdego dnia. BEZ WAS TO BY SIĘ NIE UDAŁO. DZIĘKUJĘ.

To tylko rak.

10. Kiedy umrę Kochanie

Pewnego dnia słowa stracą swoje znaczenie Przedmioty utracą wartość Piosenka pozostanie na zawsze niedokończona Czas na moment się zatrzyma Zapadnie cisza Zbłąkany wzrok będzie szukał cienia ukochanej osoby W spojrzeniach W dźwiękach W pamiątkach Pamiętam jak baliśmy się myśleć o śmierci. Jak niezręcznie wypowiadaliśmy pierwsze, mrożące krew w żyłach sylaby. Czasami mieliśmy ochotę tupać nogami i krzyczeć na cały dom: „ to nie fair!”. Czasami trzaskaliśmy drzwiami i zamykaliśmy się w swoich samotnościach na cztery spusty. Ostatecznie udało nam się zawrzeć ten temat w kilku słowach piosenki i dwóch skąpych wpisach na blogu. Skromnie jak na powagę sytuacji i rangę wydarzenia, ale póki co wystarczy. Napisano już tyle o śmierci i niby jesteśmy z tym tematem oswojeni a jednak zawsze, gdy przychodzi ten moment mamy poczucie zagubienia, nienazwania. Sytuacja uwiera jak niewygodny but na weselu. Nie bardzo wiemy czy możemy płakać, bo przecież nastrój uroczysty, czy wypada narzekać, czy zachować kamienną twarz. Boso też nie bardzo. Idziemy na żywioł. Robimy, co czujemy bo przecież każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Rozmawiamy z dziećmi o tym przy okazji pogrzebu dalekiego wujka czy kuzynki dziadka, bo tak łatwiej. Ja mówię po prostu: „Poszła do Nieba”. Dzieci dopytywały, były ciekawe podstaw naszej religii, uproszczonej filozofii życia i śmierci na poziomie pięciolatka ale odpowiadałam im spokojnie, więc nie dopatrzyły się dramatyzmu sytuacji. I słusznie. Mam nadzieję, że gdy przyjdzie ten moment będą czuły, że to naturalna część naszej egzystencji. Najważniejsze, by żyły dobrze, to i przez umieranie przejdą z godnością. Od początku uważałam, że dobrze mi na tej ziemi. Stworzył mnie z największą dbałością o detale sam Bóg. Postawił mnie na tym świecie, w tym konkretnie czasie. Czyli jest ok. Nie wiem jak mi poszło  patrząc z góry – ale jestem za swoje życie niezmiernie wdzięczna. Kiedy dobiegnie końca –  jak w dniu narodzin będę szczęśliwa. I mówię Wam, moje dzieci, moi przyjaciele – żadnych łez. Jak macie taką myśl, że trzeba popłakać, wypłakać, spoko – zapraszam teraz, póki tu jestem. Możemy sobie wspólnie łezkę uronić. Zrobimy ciepłej herbaty z cytryną, upiekę szarlotkę, usiądziemy z podwiniętymi nogami i potęsknimy. Ale nie zniosę myśli, że ktoś mi będzie szlochał na moim pogrzebie. Absolutnie sobie tego nie życzę. Natomiast życzę sobie zdecydowanie – odmówić krótki pacierz i zaśpiewać. Nie klepać różańców w kaplicy. Serio. Jakaś Barka, Pewnej nocy, Maryjo śliczna Pani  i do domu, do dzieci celebrować życie. Pobyć razem. Docenić. Pocieszyć. Wysłuchać. Zrozumieć.  Żyć. Żadnych kwiatów i drogich zniczy. Szkoda kasy. Skromne, symboliczne światełko będzie super. Proszę postawić koło trumny skarbonkę na cele dobroczynne zamiast kupować te wszystkie znicze wielkie jak latarnie uliczne albo wieńce, które gniją później i nie ma ich kto sprzątnąć. I tyle. Jestem już spokojna. Jest szyfr, który tylko Ty potrafisz odczytać Jest klucz, który otworzy najważniejsze drzwi Nie ważne, kto odejdzie pierwszy. Powiedziałeś, że nikt tego nie wie. Wkrótce się spotkamy i ze zdziwieniem odkryjemy, że rozstanie trwało zaledwie chwilkę. I to jest piękne.

To tylko rak.

9. Piasek czasu

Nie wyobrażałam sobie rozmowy na TEN temat. Gdzieś w zakamarkach umysłu budził się niepokój. Czułam, że ten moment nadejdzie, ale unikałam go jak wścibskiej sąsiadki. Siadałam często z wzrokiem utkwionym w ścianę i miałam pustkę w głowie. Jakimi  słowami rozmawia się o śmierci z najbliższa osobą? Rozstanie… Koniec…. Już nigdy… Słowa w mojej głowie rozrywały się na strzępy. Jak to jest, gdy ukochana osoba przechodzi na drugi brzeg? Czy będzie nas pamiętać? Czy to, co nas łączyło będzie miało TAM jakiekolwiek znaczenie? Jak pojąć wieczność, nieskończoność  gdy jesteśmy wtłoczeni w kategorie czasowo – przestrzenne? Zaczęłam rozumieć, dlaczego nigdy nie miałam w swoim domu tykających zegarów. Nie mogłam znieść tego dźwięku. Czas był dla mnie zawsze elastyczny i uwielbiałam nim dysponować w zależności od sytuacji. Nie miałam zegarka. Oprócz tego, który dostałam od Ciebie. To był wyjątkowy, stary, dworcowy zegar. Tykał tak subtelnie. Od początku wiedziałam, że nasz czas będzie odmierzany inaczej. Kreowaliśmy  „zawsze” w 3D z nieskończoną możliwością modelowania. Trudno pojąć, że tak z dnia na dzień nasze „ zawsze” szlak trafił. Nagle podcięło nogi i okazało się, że „zawsze” to  jakiś płaski, wyboisty trakt, który kończy się urwiskiem. Co za los. Gapię się w ścianę i czuję, że zaraz rozpłaczę się jak dziecko. Pierwszy raz od diagnozy. Zbieram się w całość i próbuję jakoś zacząć. Opowiadam jak odeszła moja babcia. To była święta kobieta i uwielbiam ją wspominać. Dobra, ciepła, serdeczna, niesamowicie cierpliwa i pracowita. Przepięknie ścieliła drewniane łóżko, na którym leżała ogromna pierzyna. Gdy byłam dzieckiem, miałam wrażenie, że sięga do sufitu. Stawałyśmy po przeciwnych stronach i uderzałyśmy rączkami w stos zbitego puchu tak długo, aż powierzchnia stawała się idealnie gładka jak lustro. Nad łóżkiem wisiał obraz świętej Rodziny. Babcia była wierną fanką Matki Bożej. Nie mogę się doczekać, kiedy znów zaparzy mi herbaty w szklance z cienkiego szkła w metalowym koszyczku. Opowiadam o niej i czuję, że nadal żyje w moich słowach. To ważne mieć kogoś tak bardzo bliskiego, kto będzie opowiadał naszą historię nawet gdy upłynie wiele lat od naszego odejścia. Dobrą historię, godną legendy. Zapytałeś, czy opowiem Twojemu synowi prawdę o Tobie. – Oczywiście. Cały czas to robię – zapewniłam. Mam do powiedzenia wiele dobrego. To moja siła i moja słabość – zawsze widzę w ludziach tyle dobra. Nawet gdy coś  im nie wychodzi, potkną się lub popełnią błąd, przyklepuję i ugładzam jak babciną pierzynę. Nie ma ludzi idealnych, ale każdy chciałby pozostawić po sobie dobre wspomnienia. Rozmawiam z Tobą lekkim tonem i nagle zaczynam się zastanawiać, czy Ty wiesz, że mnie również tu zostawisz? Samą zupełnie. Nikt nie dobierze specjalnie dla mnie idealnych słów pocieszenia. I nikt mi nie wyjaśni, dlaczego? Nastanie grobowa cisza. Jak w Twojej piosence – Jak, jak zdobyć tę ciszę? Paradoks tych słów mnie przytłacza. Miało być tyle muzyki …. Jestem na Ciebie chwilami tak wściekła. Dopiero się poznaliśmy. Mieliśmy tyle planów. To niesprawiedliwe. I nie mam komu tego wykrzyczeć. Tobie nie – bo z całych sił walczysz teraz z chorobą i nie możesz tracić energii na moją egzystencjalną histerię. Panu Bogu nie,  bo ufam Mu i jestem pewna, że On wie co dla nas dobre. No ale żeby tak?? Skrywam twarz w dłoniach. Łzy wściekłości są takie gorzkie. Mija kilka dni. Nasza chemiczna codzienność jest taka przewidywalna. Zastrzyki, leki, dolewka, kroplówka, kontrast, litry wody niegazowanej, ból, dyskomfort, fizyczność, bladość… I nagle zauważam kartkę. Wystaje z maszyny do pisania. Dawno nie pisałeś. Skradam się na paluszkach jak do śpiącego niemowlęcia. Czarne, blade literki docierają do mojego mózgu, uderzają falą znaczenia. Zaczynam je rozumieć. Koją mój ból. Tulą mój strach. Ocierają łzy. JESTEM ŚMIERTELNY I DOBRZE MI Z TYM. cdn.

To tylko rak.

8. Retrospekcja

Położyłem się na łóżku i utkwiłem wzrok w mdły sufit. Z oddali dobiegał cichy gwar personelu oddziału onkologicznego. To nic, że czasem szorstko zwrócą nam uwagę: – Proszę nie mówić do mnie „siostro”. Jestem wykwalifikowaną pielęgniarką, nie siostrą. Nawet gdy surowym tonem motywują nas do przeżycia, oczywistym jest, że to dosłownie chodzące Anioły. Wiedzą o tym wszyscy pacjenci onkologii. Cierpliwe, z taktownym poczuciem humoru, z dobrym uśmiechem i subtelnym tonem głosu. Każdego dnia podłączają nam worki z chemią z taką wprawą i dokładnością jakby podawały nam rarytasy z najlepszej restauracji. Wolimy nie wiedzieć, co zawierają. Wolimy wierzyć lekarzom, że to ratuje nam życie. Czekam cierpliwie na swoją kolej. Najpierw mierzą ciśnienie. Jeśli jest za wysokie – nie można podać chemii. Musimy się wyciszyć. Czasem trzeba podać leki na obniżenie ciśnienia. Spokój, spokój, spokój. Oddycham miarowo. Próbuję przypomnieć sobie jakieś miłe wydarzenie z mojego życia. Życie jak życie. Wzloty i upadki. Sukcesy i porażki. Kasia mówi, że choroba to sygnał od organizmu, że coś jest nie tak. No a rak to już nie sygnał – to dźwięcząca nieustannie w uszach trąbka do ataku. Albo odwrotu – zależy co wybierzesz. My wybraliśmy walkę. Jednomyślnie i intuicyjnie. Każde z nas rozumiało ją po swojemu, ale z czasem udało się z tego złożyć sensowny strategiczny plan. Mówiła mi często, że najważniejsze to pogodzić się z samym sobą. Hmm…wydawało mi się, że tak jest, ale ona uważała inaczej. W każdym drobiazgu, w każdej podjętej decyzji wskazywała coś, co zrobiłem wbrew sobie. – Spełniałeś oczekiwania innych, czasem nawet żądania. Dlaczego? Bo mówili, że cię kochają, że chcą dla ciebie dobrze. A chcieli? – Nie bądź taka mądra. Twoje decyzje były zawsze takie idealne?  – gasiłem ją ironią w głosie, którą zawsze wychwyciła. – Tam gdzie nie ma wzajemności, nie ma miłości. Są prawdy absolutne, które nie podlegają dyskusji. Pogódź się z tym. To nie boli. Zaparzyłem kawę numer pięć. Wiedziałem, że ona na pewno je liczy. I na pewno jeszcze coś doda. – To twoje życie. Masz tylko jedno. CO jest dla ciebie naprawdę dobre? I tak oto zacząłem zaglądać w zakamarki swej pamięci. Powyciągałem na szpitalne łóżko albumy wspomnień. Przetargało mnie to przemądrzałe dziewcze metr sześćdziesiąt pięć przez alejkę, którą chodziłem codziennie do szkoły podstawowej, przez wrocławskie podwórka, skwer, na którym wyczyniałem cuda na deskorolce, przez wypady ze znajomymi w góry, domy kultury, matury, spotkania z krótkofalowcami i wiele innych, o których nigdy nikomu nie powiedziałem. Nie mówiłem jej oczywiście o wszystkim, co zobaczyłem. Ale ona i tak wiedziała. Znała cierpki i gorzki smak życia. Wiedziała, ile przeciwności musiałem pokonać, aby być w tym miejscu, w tym czasie. Wiedziała, jaką siłę trzeba mieć, by zamknąć definitywnie niektóre rozdziały swojego życia i zostać samemu ze sobą. Wiedziała, ile odwagi wymagały podejmowane teraz na szybko decyzje. Przyspieszone chorobą. Zrozumiałem, że to dobry czas na podsumowanie. Na zebranie z najlepszych życiowych momentów siły do walki z chorobą. Dobry czas na zaopiekowanie się sobą. Często powtarzała, że dbałem o innych najlepiej jak umiałem. Pora, żebym zadbał o siebie. Wyzdrowiał. Bo jestem najważniejszy i jeszcze tutaj potrzebny.

To tylko rak.

7. Dobrze, że jesteście

„W niesieniu pomocy osobie przeżywającej trudności nie ma żadnego patosu. Pomoc osobie chorej, słabszej to naturalny odruch. Tak reaguje każda normalna istota ludzka. Stawką jest nasze człowieczeństwo”*. Albo je po prostu w sobie masz albo nigdy nie będziesz miał. Cała działalność charytatywna, którą  prowadziłam w ostatnich latach opierała się na tym założeniu. Nie widziałam nic wielkiego w tym, że spędzam swój wolny czas pomagając osobom chorym. To było, jest i zawsze będzie takie oczywiste. Każdego dnia spotykałam ludzi, którzy myśleli i reagowali tak samo. Zdarzało się mnóstwo małych i wielkich cudów. I nie chodzi tylko o imprezy charytatywne robione z wielkim rozmachem. Pamiętam zdanie, które wypowiedział człowiek angażujący się anonimowo w wiele dobroczynnych akcji. Rozbawiło mnie równie bardzo jak wzruszyło: – Chłopaki wyskakujcie z kasy bo trzeba ogarnąć paczkę na święta dla rodziny, w której są ciężko chore dzieci. Jak imprezujecie to nie liczycie stówek. A tu trzeba dzieciakom pomóc. No już! Po stówce każdy i gotowe. Otworzyłam oczy i zostałam bez słowa. Okazało się to prostsze niż mogłam się spodziewać. Tak spontanicznie też można zrobić komuś piękną niespodziankę? Wzruszyć do łez dzielną, samotną matkę walczącą każdego dnia z nieuleczalną chorobą? Można? No jasne! Wystarczy chcieć. Wbrew pozorom ludzi potrzebujących pomocy w leczeniu ciężkich chorób nie ma wokół nas tak wielu. A pomóc można na tysiące rozmaitych sposobów. Odrobina serdeczności i dobra wola wystarczy. Nieco wolnego czasu i zaangażowania. Drobny gest rozjaśni twarz. Nie robimy przecież nic wielkiego zawożąc chorego do szpitala, pomagając mu w zakupie leków. To nic szczególnego odwiedzić bliską osobę na onkologii, przywieźć czyste ręczniki, ulubioną gazetę, pachnącą piżamę na zmianę, zrobić drobne zakupy. Czasem zdarza się stać w korkach w wielkim mieście dwie godziny w drodze do szpitala, pomylić stacje metra i zabłądzić nawet ale potem można obrócić wszystko w żart. To takie oczywiste, łatwe i wykonalne ALE ale jedna osoba tego nie uniesie. Dlatego tak bardzo doceniam wszystkich, którzy w naszej codzienności z nieuleczalną chorobą okazali mnóstwo serdeczności i ciepła. Pięknie brzmiały słowa: – Gdybyście czegoś potrzebowali, dajcie znać. Cudownie jest wiedzieć, że są ludzie, którym wystarczy jedno słowo, jeden sms. Zawsze są gotowi pomóc. Cudownie jest wiedzieć, że daleko stąd też czuwają przyjaciele: wyślą z daleka ulubioną książkę, muzykę, którą się słuchało dawno temu a jakby wczoraj, rozbawią dobrym żartem, wspomnieniem. Taka świadomość bardzo pomaga przetrwać szczególnie pierwszy etap choroby. Ten łomot, po którym trzeba się szybko podnieść i z podniesioną głową stanąć do walki z każdym dniem w nowej rzeczywistości. Cały czas pamiętając o tym, że my tylko jesteśmy OBOK osoby chorej. My TYLKO pomagamy. Dobrze, że jesteście. *Christel Petitcollin

To tylko rak.

6. Walcz jak lew!

Cierpki ten temat. Wprawia w zakłopotanie. Dowiadujesz się, że Twój bliski ma raka i co? Nie bardzo wiesz, jak zareagować? Zastanawiasz się, co powiedzieć? No to pół biedy, jeśli się zastanawiasz. Najgorzej gdy klepiesz co ci ślina na język przyniesie. Jestem tak blisko, a często nie bardzo wiem, co powiedzieć. Każdy dzień przynosi inny nastrój, inne skutki uboczne. Tak łatwo zrobić z siebie idiotę. A dokładać choremu do diagnozy idiotyczne słowa niby pocieszenia to jak kopać leżącego. Rak to rak. Innej diagnozy nie będzie. Im szybciej się z tym oswoisz tym lepiej. Jak nie masz nic mądrego do powiedzenia, zamknij dziób i zajmij się swoimi sprawami. Jak nie chcesz pomóc, to nie przeszkadzaj. Trudno mi wytłumaczyć jak to się stało, ale rak nigdy nie był w naszym życiu na pierwszym miejscu. Mamy mnóstwo planów i pomysłów na przyszłość. Sporo pogodnych, roześmianych chwil. Nie siedzimy i nie płaczemy. Mamy jeden cel – jak najszybciej z tego wyjść i żyć dalej. Żyć z całych sił. W naszym terminarzu  na najbliższy rok rak jest tylko data kolejnej chemioterapii. Zaliczone – skreślone. Chcesz pocieszyć? Gdy pacjent  jest dzieckiem – to tak, przede wszystkim trzeba pocieszać dzień i noc. Przytulać, kołysać. Ale jeśli jest dorosły i do tego jest mężczyzną – pocieszanie na siłę jest karykaturalne. Wysysa energię do walki. Wszelkie szlochy, histerie, przekleństwa pokazywały jak bardzo niektórzy czują się zagubieni z nie swoją diagnozą. Słowa: „nie poddawaj się”  „bądź silny” są całkiem spoko, ale niekoniecznie wobec człowieka, który nawet przez sekundę się nie poddał. Rozumiem, że są ludzie, którzy z diagnozą „ katar” kładą się do łóżka i stawiają na nogi cały dom – tak, oni potrzebują takich właśnie życzeń. A więc Twój bliski jest poważnie chory… Zastanów się chwilę. Wycisz. Przede wszystkim wycisz. Zdaj sobie sprawę, do kogo mówisz. Jaki to człowiek? Jak znosi swoje życiowe sukcesy i jak radzi sobie z porażkami? Jakie miał plany na przyszłość? Weź proszę pod uwagę, że mówisz do kogoś, kto przepięknie odważa każde słowo. Kogoś , kto latami prowadził debaty z fascynującymi ludźmi z całego świata. Do człowieka elokwentnego o nieprzeciętnie bystrym umyśle. Człowieka, którego słuchają setki ludzi. Człowieka, który składa rymy na zawołanie przy parzeniu porannej kawy. A czasem musi słuchać pocieszeń na tak niskim poziomie, że na nim już rymów nawet nie da się znaleźć. No ale czujesz nieodpartą potrzebę by przerwać tę „niezręczną ciszę”. Dobra. Po pierwsze: po diagnozie RAK cisza nie jest niezręczna. Jest przyjemna i kojąca. Potrzebna. Delektujemy się nią. I wcale nie chodzi o brak dźwięków wokół nas. Wyobrażacie sobie 20 sms – ów dziennie z pytaniem: Hej, właśnie się dowiedziałem. Jak się czujesz? – od ludzi, których ostatni raz widziałeś gdzieś w okolicy swojej pierwszej komunii? Albo 20 telefonów od ludzi, których widziałeś wczoraj, ale od lat w niczym ci realnie nie pomogli? Po tygodniu przychodzi ochota, żeby wrzucić telefon. Chyba wszyscy znamy ten cytat: „Najgorzej to jest jak się ktoś przyczepi, mówisz takiemu a on nic, i wtedy zapada taka niezręczna cisza co nie?” Dodam, że dotyczył on najbliższych przyjaciół a zatem najpierw zamilcz. Może do Ciebie, przyjacielu są skierowane te niewypowiedziane głośno słowa? Po drugie: Im lepiej znasz człowieka, tym lepiej wiesz, co powiedzieć. To niebywałe uczucie patrzeć jak rozjaśnia się twarz najbliższej osoby, która toczy najważniejszą i najtrudniejszą bitwę – o własne życie. Wtedy wiem, że słowa były odpowiednio dobrane, że napisał je PRAWDZIWY PRZYJACIEL, który zna, rozumie, wspiera i zagrzewa do walki. Jest tuż obok nas, nawet gdy dzielą nas setki kilometrów. Mamy kilka takich swoich perełek i jesteśmy za nie ogromnie wdzięczni. Po trzecie: Jeśli masz to za sobą MÓW śmiało. Bez wahania. Na pewno Twoje słowa pomogą. I podniosą na duchu. Widziałam, potwierdzam – mają MOC. Po czwarte: Skoro nie masz najmniejszej ochoty POMÓC, to po co się w ogóle odzywasz? Aby zaspokoić swoją ciekawość? Słabe. Jest tyle ciekawszych tematów. Najpiękniejsze słowa to te, za którymi idą czyny. – Słuchaj, jestem z Tobą. Jakbyś czegoś potrzebował to dzwoń śmiało. – Jak chcesz ze mną pogadać, to dzwoń. Jak nie chcesz, to SZANUJĘ TO  I ROZUMIEM. – Mów, co potrzeba. Pomogę. – Podwiozę jak będzie trzeba. – Będę się za Ciebie modlić. To słowo i konkretne działanie. Każde z tych zdań brzmi pięknie, prawdziwie, szczerze. Każde z tych zdań rozjaśnia twarz, rozjaśnia naszą skomplikowaną codzienność. Daje spokój i poczucie bezpieczeństwa a także pewność, ze WYGRAMY. I to naprawdę WYSTARCZY.

pl_PL
Przewijanie do góry