8. Retrospekcja

Położyłem się na łóżku i utkwiłem wzrok w mdły sufit.
Z oddali dobiegał cichy gwar personelu oddziału onkologicznego.
To nic, że czasem szorstko zwrócą nam uwagę:
– Proszę nie mówić do mnie „siostro”. Jestem wykwalifikowaną pielęgniarką, nie siostrą.
Nawet gdy surowym tonem motywują nas do przeżycia, oczywistym jest, że to dosłownie chodzące Anioły.
Wiedzą o tym wszyscy pacjenci onkologii.
Cierpliwe, z taktownym poczuciem humoru, z dobrym uśmiechem i subtelnym tonem głosu.
Każdego dnia podłączają nam worki z chemią z taką wprawą i dokładnością jakby podawały nam rarytasy z najlepszej restauracji.
Wolimy nie wiedzieć, co zawierają.
Wolimy wierzyć lekarzom, że to ratuje nam życie.
Czekam cierpliwie na swoją kolej.
Najpierw mierzą ciśnienie.
Jeśli jest za wysokie – nie można podać chemii.
Musimy się wyciszyć.
Czasem trzeba podać leki na obniżenie ciśnienia.
Spokój, spokój, spokój.
Oddycham miarowo.
Próbuję przypomnieć sobie jakieś miłe wydarzenie z mojego życia.
Życie jak życie.
Wzloty i upadki.
Sukcesy i porażki.
Kasia mówi, że choroba to sygnał od organizmu, że coś jest nie tak.
No a rak to już nie sygnał – to dźwięcząca nieustannie w uszach trąbka do ataku.
Albo odwrotu – zależy co wybierzesz.
My wybraliśmy walkę.
Jednomyślnie i intuicyjnie.
Każde z nas rozumiało ją po swojemu, ale z czasem udało się z tego złożyć sensowny strategiczny plan.
Mówiła mi często, że najważniejsze to pogodzić się z samym sobą.
Hmm…wydawało mi się, że tak jest, ale ona uważała inaczej.
W każdym drobiazgu, w każdej podjętej decyzji wskazywała coś, co zrobiłem wbrew sobie.
– Spełniałeś oczekiwania innych, czasem nawet żądania. Dlaczego?
Bo mówili, że cię kochają, że chcą dla ciebie dobrze. A chcieli?
– Nie bądź taka mądra. Twoje decyzje były zawsze takie idealne?  – gasiłem ją ironią w głosie, którą zawsze wychwyciła.
– Tam gdzie nie ma wzajemności, nie ma miłości. Są prawdy absolutne, które nie podlegają dyskusji. Pogódź się z tym. To nie boli.
Zaparzyłem kawę numer pięć.
Wiedziałem, że ona na pewno je liczy.
I na pewno jeszcze coś doda.
– To twoje życie. Masz tylko jedno. CO jest dla ciebie naprawdę dobre?

I tak oto zacząłem zaglądać w zakamarki swej pamięci.
Powyciągałem na szpitalne łóżko albumy wspomnień.
Przetargało mnie to przemądrzałe dziewcze metr sześćdziesiąt pięć przez alejkę, którą chodziłem codziennie do szkoły podstawowej, przez wrocławskie podwórka, skwer, na którym wyczyniałem cuda na deskorolce, przez wypady ze znajomymi w góry, domy kultury, matury, spotkania z krótkofalowcami i wiele innych, o których nigdy nikomu nie powiedziałem.
Nie mówiłem jej oczywiście o wszystkim, co zobaczyłem.
Ale ona i tak wiedziała.
Znała cierpki i gorzki smak życia.
Wiedziała, ile przeciwności musiałem pokonać, aby być w tym miejscu, w tym czasie.
Wiedziała, jaką siłę trzeba mieć, by zamknąć definitywnie niektóre rozdziały swojego życia i zostać samemu ze sobą.
Wiedziała, ile odwagi wymagały podejmowane teraz na szybko decyzje.
Przyspieszone chorobą.
Zrozumiałem, że to dobry czas na podsumowanie.
Na zebranie z najlepszych życiowych momentów siły do walki z chorobą.
Dobry czas na zaopiekowanie się sobą.
Często powtarzała, że dbałem o innych najlepiej jak umiałem.
Pora, żebym zadbał o siebie.
Wyzdrowiał.
Bo jestem najważniejszy i jeszcze tutaj potrzebny.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

pl_PL
Przewijanie do góry