5.Wyjście ewakuacyjne

Zostałeś tam.
Twoje oczy pocieszały mnie spokojnym szeptem na pożegnanie.
Myśli przytulały mnie i próbowały dodać sił.
Znam doskonale nasz niespotykanie wysoki poziom empatii wzajemnej.
Twój ból odczuwam zawsze bardziej niż własny.
A Ty mój.
Tego popołudnia czułam, że rozsypuję się na kawałki.
Strach odbiera mi oddech.
W oparach paniki nie potrafiłam dostrzec wyjścia.
Jutra nie będzie.
Jutro nastąpi Armagedon.
– Cicho maleńka. Jak Ty nie dasz rady, to znaczy, że tego się nie dało zrobić.
-Ale ja…
-Tak. Właśnie Ty. I tylko Ty.

Nie miałam pojęcia, co to za choroba.
Nie znałam jej z bliska.
Nikt z mojej rodziny nigdy nie chorował na raka.
Dalszych znajomych trochę głupio pytać.
Każdy ma inną wrażliwość na swoim punkcie.
Nie zamierzałam studiować wpisów z Internetu.
Zresztą nie było na to czasu.
Przeszłam solidną szkołę przy chorobie młodego.
Zdałam z wyróżnieniem egzamin z wytrwałości.
Codzienna walka z nieznanym przeciwnikiem działającym z ukrycia nie zniechęci mnie nigdy.
Zalecenia lekarskie są dla mnie jednoznaczne i zrozumiałe.
Wiem, że trzeba ich przestrzegać.
Nie ja zarywałam noce nad podręcznikami do medycyny.
Ślęczałam nad wierszami.
Swoje literackie mądrości mogę teraz upchnąć w kąt.
Trzeba zakasać rękawy i zacząć działać.
Robić coś, cokolwiek.
Na początek musiało mi to wystarczyć.
Wyjść z podniesioną głową i ułożyć jakikolwiek plan.
– Do zobaczenia jutro Skarbie – wykrzesałam i zdusiłam łzy bezradności.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

pl_PL
Przewijanie do góry