41. Cud niepamięci

Gdy wszystko idzie źle
I nie masz dokąd pójść
Przyjaciół tłum rozproszył się
Wydaje Ci się,że
tak pozostanie już,
Lecz okazuje się, że nie…

– Jest o co powalczyć! – powiedziała do mnie stanowczo nasza wspaniała okulistka.
Nie zgadzał jej się jeden parametr w zdrowym do tej pory oku i zleciła dodatkowe badanie w innym gabinecie.
Ta klinika jest jak labirynt. Ganiasz po korytarzach i nigdy nie wiesz czy wsiadając do windy, wrócisz do punktu wyjścia za kwadrans czy za dwie godziny.  Od początku  mnie przerażała, ale lekarzy tam pracujących na rękach bym nosiła.
Szczególnie uwielbiam ten moment, gdy patrząc w zawiłe wykresy podnoszą wzrok i widzę w ich oczach uśmiech, spokój i ulgę.
Wiele lat czekałam na tę chwilę.
Prawie rok czekałam, żeby się tym podzielić z Wami.
Cierpliwie odkładałam słowa do szkatułki, bo wierzyłam, że będą mi potrzebne, gdy to się uda.
A teraz wszystkie są niewystarczające.
Będzie to najbardziej kanciaty wpis na moim blogu.
I najważniejszy.
Nie znalazłam leku na nieuleczalną chorobę.
Nie udało mi się odbudować chorych stawów, ani przywrócić wzroku.
Nie prosiłam o taki cud.
Prosiłam o większy.
I zdarzył się.

Z medycznego punktu widzenia mamy długo wyczekiwany stan stabilny.
Rehabilitacja usprawniła organizm, a leki pozwalają w miarę normalnie funkcjonować. Lekarze w obu klinikach są zgodni, że mamy pół roku wytchnienia.

Z mamusinego punktu widzenia mamy CUD NIEPAMIĘCI.
Ktoś mądry kiedyś napisał do mnie, że chorobę trzeba oswoić, sprawić, żeby nam się poddała. Uchwyciłam się tej myśli, bo ten człowiek odniósł sukces.
Po latach nierównej walki mogę śmiało powiedzieć, że nam się to udało.
Patrzę z dumą na młodego człowieka, wkraczającego w dorosłe życie.
Myślę, że jest dobrze przygotowany do zmagania się z kolejnymi wyzwaniami.

Przyjemnie było słuchać zachwytów lekarzy prowadzących nad jego postawą, którą wypracował sobie podczas wielu godzin ćwiczeń i rehabilitacji.
Przyjemnie było patrzeć na jego wytrwałość i pogodę ducha mimo bólu.
Sukcesy sportowe napawały mnie radością.
Nieważne było miejsce. Zawsze powtarzałam, że dla mnie najważniejsze jest, że podejmuje trud treningów, udziału w zawodach. I daje przykład innym, zdrowym i zmagającym się z chorobą.
– Wygrałeś, bo grałeś! – powtarzałam do znudzenia.

Upór w dążeniu do celu również mnie cieszył, chociaż przyznam, że obawy mamusine często brały górę.
Ostatecznie nigdy nie żałowałam podjętych decyzji. Każdą konsultowałam z lekarzami.
Wyrażałam zgodę na coś, co było przez niego solidnie przemyślane i dopięte na ostatni guzik.
Przynosiło dużo dobrego.

Jednak największą radość czułam patrząc, jak pochyla się nad dziećmi cierpiącymi jeszcze bardziej, by im pomóc. Jak doskonale rozumie ich ból i jak potrafi z nimi rozmawiać. Nie zamyka się w swoim cierpieniu, lecz oswaja je i czyni z niego motywację do lepszego życia.
Dla siebie i dla innych.
Jesteś wielki!
I jestem z Ciebie dumna, Synu 🙂

Ps. Zapraszam Cię na chwilę do mojego stołu, do świata zmagań mojego dzielnego syna i naszej rodziny z nieuleczalną chorobą. Piszę otwarcie o sprawach, o których niewielu ludzi chce mówić.
Nie trzaskaj obojętnie drzwiami. Zostaw śmiało komentarz, ciepłe słowo lub przynajmniej uśmiech.

 

2 komentarze do “41. Cud niepamięci”

  1. Kasiu bardzo się cieszę z waszego sukcesu -No tak można to nazwać.Jestes super mama i dzielna walcz6sz do końca.Bardzo mocno gratuluje i cieszę się z Wami .
    POZDRAWIAM Kochana
    GOSIA

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

pl_PL
Przewijanie do góry