Kiedy trzymasz w ręku diagnozę najbliższej osoby, czas na moment zatrzymuje się.
Oglądasz w zwolnionym tempie wszystkie chwile z przeszłości i szybko uświadamiasz sobie, że ta chwila jest granicą.
Od teraz zaczynasz nierówną walkę o syna, o córkę, o żonę, męża…
Musisz dać siłę, której przecież nie masz.
Nie spodziewałaś się.
Wszystko było TAK DOBRZE.
A od teraz …
Pamiętam, że zaczęłam unikać lustra. Bezradne spojrzenie. Zgaszone oczy. Równomierne cienie. Nie było na co patrzeć.
Zwierciadło mojej duszy kompletnie się rozsypało.
I tak to niestety działa.
Robimy, co w naszej mocy, leczymy u najlepszych specjalistów, kupujemy najlepsze suplementy, bo leku nie ma a efekty marne.
To może wpędzić w poczucie bezradności.
Dobrze jest mieć wówczas obok siebie kogoś, kto powie nam, że mamy prawo tak się czuć. Mamy prawo do chwil słabości. Do pustki. Nawet do łez.
Dobrze, jeśli jest obok ktoś, kto wytrze łzy, zrobi melisy i przypomni, że walczymy o lepsze jutro nie dla siebie.
A jeśli nie mamy kogoś takiego to wtedy właśnie lustro jest idealne 🙂
Można samego siebie porządnie ochrzanić, przypomnieć sobie słowa ks. Jana Twardowskiego ” Lekarstwo dla złośnicy” i złagodnieć, potem się rozszlochać i jak już wszystkie łzy wypłaczemy, zacząć wszystko od nowa.
Choćby od tego, że trzeba wstać rano i ugotować owsiankę z cynamonem.
Ps. Zapraszam Cię na chwilę do mojego stołu, do świata zmagań mojego dzielnego syna i naszej rodziny z nieuleczalną chorobą. Piszę otwarcie o sprawach, o których niewielu ludzi chce mówić.
Nie trzaskaj obojętnie drzwiami. Zostaw śmiało komentarz, ciepłe słowo lub przynajmniej uśmiech.
