Wyszłam na balkon i oparłam dłonie o chwiejną balustradę.
Moje stopy ważyły tonę.
Jakiś srebrny, ciekawy samochód sunął wolno po mojej ulicy.
Kierowca pisał sms trzymając telefon na kolanie.
Jechał 30km/h i nie martwił się, że jakaś trzyletnia dziewczynka z rozwianymi blond włosami wytoczy się pędem z bramy na rowerku biegowym poniżej jego linii wzroku.
A może jednak się martwi?
I wie, że płynie po szosie jak linoskoczek.
Wie, że nie może się nawet na moment zawahać, bo ktoś zginie.
Za wszelką cenę muszę zdobyć taką pewność.
W oparach paradoksu.
Słowami zbudować nowy świat.
Dla nas.
Mamy raka.
Tak.
To tylko rak.
