2.Modlitwa

Był rok 1988.
Dopiero dziś pisząc te słowa zdałam sobie sprawę z tego, że miałam wtedy zaledwie 11 lat.
Czułam się bardzo dorosła.
Jak dziecko w obliczu śmierci.
Pamiętam, że mama ciągnęła mnie do przychodni z bezwładnymi nogami.
Nie była w stanie unieść. Jakiś pan podbiegł, pomógł.
Reszty nie pamiętam.
Potem szpital.
Punkcja kręgosłupa.
I wielka niewiadoma.
Pamiętam lekarzy nad moim łóżkiem szepczących między sobą.
– Nie wiem.
– Nie spotkałem się.
– Wygląda na DIC
– Krew fatalna.

Miałam skórę jak pergamin i mnóstwo czerwonych kropeczek na całym ciele.
Byłam bardzo słaba.
Oddychałam z trudem.
Leżałam w izolatce.
Na dziecięcym ściany były przeszklone.
Któregoś dnia za szybą, przez mgłę swojego osłabienia zobaczyłam oczy wpatrujące się we mnie uważnie.
Po chwili dostrzegłam uśmiech, a potem ukazała się twarz.
Chłopiec o ciemnych oczach, śniadej karnacji z kosmykami loków wokół twarzy wyglądał niczym przeciwieństwo aniołków z kolędowych obrazków.
Usiadł przy łóżku i patrzył cierpliwym wzrokiem.
Na początku nie miałam siły mówić.
Cicho i wolno snuł opowieści.
Pamiętam tylko jedną.
O Aniołach.
Mówił, że kiedy śmierć jest blisko Bóg zsyła Anioły, które dają nam światło.
Nazywa się ono NADZIEJA.
Mimo bólu, słabości, musimy wykrzesać siłę, by je przyjąć.
Nie możemy się poddawać.
To światło będzie przy nas już zawsze i da siłę na kolejne trudne momenty w życiu.
Kiedy odzyskałam siłę na tyle, by móc rozmawiać, zapytałam go dlaczego jest w szpitalu?
– Mam białą krew.
– Naprawdę?
– Tak, ale to widać tylko pod mikroskopem – uśmiechnął się tajemniczo.
Kiedy dorosłam na tyle by go odszukać, zdałam sobie sprawę, że powinnam zacząć od cmentarza w Chorzowie. Nie powinnam szukać wśród żywych.
Minęło wiele lat, a nadal nie ma leku na białaczkę.
Kiedy dorosłam, uświadomiłam sobie także, że przez dwa tygodnie mojego pobytu nikt go nie odwiedził.
Miał 12 lat i był zupełnie sam.
Moi rodzice przychodzili po pracy i zastawali go przy moim łóżku.
Próbuję sobie przypomnieć czy oni z nim rozmawiali, ale nie pamiętam.
Opowiadał, rysował albo po prostu siedział.
Mój Archanioł.
Jego imię brzmiało: „Bóg uzdrawia”.

Minęły lata.

Poznałam wiele literackich opowieści o Aniołach.
Niezwykłe rzeczy dzieją się kiedy śmierć jest blisko.
Wiele osobistych zwierzeń wysłuchałam o niepojętych cudach.
I jedna piękna teoria się potwierdziła, że oczy są zwierciadłem duszy.
W oczach widać wszystko.
Czas płynie a one pozostają niezmienne.

Jest rok 2003.
Może 2004. Nie pamiętam dokładnie.
Idę na spacer nad rzekę.
Uwielbiam ją.
Wrzucam do niej zawsze w myślach wszystkie smutki.
Odpływają.
Wracałam silniejsza.
Niestety nie dziś.
Obiegłam wzrokiem horyzont, spokojny nurt rzeki, wysokie trawy i zatrzymałam się na oczach.
Zasłoniłam twarz z przerażenia, ale to nie pomogło.
Próbowałam złapać powietrze i równowagę.
Człowiek, którego zobaczyłam, siedział ze stoickim spokojem na brzegu rzeki i łowił ryby.
Zobaczyłam przed nim przepaść za nim otchłań.
Bezdenną.
Nigdy wcześniej ani nigdy później go nie widziałam.
Ale te oczy i to spojrzenie znam bardzo dobrze.
Wtedy przypomniałam sobie słowa sprzed wielu lat na pożegnanie:

– Nie martw się. Któreś z nas na pewno przeżyje.

 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

pl_PL
Przewijanie do góry