Pewnego dnia słowa stracą swoje znaczenie
Przedmioty utracą wartość
Piosenka pozostanie na zawsze niedokończona
Czas na moment się zatrzyma
Zapadnie cisza
Zbłąkany wzrok będzie szukał cienia ukochanej osoby
W spojrzeniach
W dźwiękach
W pamiątkach
Pamiętam jak baliśmy się myśleć o śmierci. Jak niezręcznie wypowiadaliśmy pierwsze, mrożące krew w żyłach sylaby. Czasami mieliśmy ochotę tupać nogami i krzyczeć na cały dom: „ to nie fair!”. Czasami trzaskaliśmy drzwiami i zamykaliśmy się w swoich samotnościach na cztery spusty.
Ostatecznie udało nam się zawrzeć ten temat w kilku słowach piosenki i dwóch skąpych wpisach na blogu.
Skromnie jak na powagę sytuacji i rangę wydarzenia, ale póki co wystarczy.
Napisano już tyle o śmierci i niby jesteśmy z tym tematem oswojeni a jednak zawsze, gdy przychodzi ten moment mamy poczucie zagubienia, nienazwania.
Sytuacja uwiera jak niewygodny but na weselu. Nie bardzo wiemy czy możemy płakać, bo przecież nastrój uroczysty, czy wypada narzekać, czy zachować kamienną twarz. Boso też nie bardzo. Idziemy na żywioł. Robimy, co czujemy bo przecież każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Rozmawiamy z dziećmi o tym przy okazji pogrzebu dalekiego wujka czy kuzynki dziadka, bo tak łatwiej.
Ja mówię po prostu: „Poszła do Nieba”. Dzieci dopytywały, były ciekawe podstaw naszej religii, uproszczonej filozofii życia i śmierci na poziomie pięciolatka ale odpowiadałam im spokojnie, więc nie dopatrzyły się dramatyzmu sytuacji. I słusznie. Mam nadzieję, że gdy przyjdzie ten moment będą czuły, że to naturalna część naszej egzystencji. Najważniejsze, by żyły dobrze, to i przez umieranie przejdą z godnością.
Od początku uważałam, że dobrze mi na tej ziemi.
Stworzył mnie z największą dbałością o detale sam Bóg.
Postawił mnie na tym świecie, w tym konkretnie czasie.
Czyli jest ok.
Nie wiem jak mi poszło patrząc z góry – ale jestem za swoje życie niezmiernie wdzięczna.
Kiedy dobiegnie końca – jak w dniu narodzin będę szczęśliwa.
I mówię Wam, moje dzieci, moi przyjaciele – żadnych łez.
Jak macie taką myśl, że trzeba popłakać, wypłakać, spoko – zapraszam teraz, póki tu jestem. Możemy sobie wspólnie łezkę uronić.
Zrobimy ciepłej herbaty z cytryną, upiekę szarlotkę, usiądziemy z podwiniętymi nogami i potęsknimy.
Ale nie zniosę myśli, że ktoś mi będzie szlochał na moim pogrzebie.
Absolutnie sobie tego nie życzę.
Natomiast życzę sobie zdecydowanie – odmówić krótki pacierz i zaśpiewać. Nie klepać różańców w kaplicy. Serio. Jakaś Barka, Pewnej nocy, Maryjo śliczna Pani i do domu, do dzieci celebrować życie. Pobyć razem. Docenić. Pocieszyć. Wysłuchać. Zrozumieć. Żyć.
Żadnych kwiatów i drogich zniczy. Szkoda kasy. Skromne, symboliczne światełko będzie super. Proszę postawić koło trumny skarbonkę na cele dobroczynne zamiast kupować te wszystkie znicze wielkie jak latarnie uliczne albo wieńce, które gniją później i nie ma ich kto sprzątnąć.
I tyle.
Jestem już spokojna.
Jest szyfr, który tylko Ty potrafisz odczytać
Jest klucz, który otworzy najważniejsze drzwi
Nie ważne, kto odejdzie pierwszy.
Powiedziałeś, że nikt tego nie wie.
Wkrótce się spotkamy i ze zdziwieniem odkryjemy, że rozstanie trwało zaledwie chwilkę.
I to jest piękne.
